Sniło mi się, że zdrzemnęłam się w drewnianej chacie, która była moim domem, podłogi były z desek, ściany i sufity wykładane deskami, zbite deski tworzyły sprzęty i meble, a wszystko na modłę najświeższych trendów - motywów ludowych (zdaję mi się, że na drewnianym wieszaku na ścianie wisiały nawet drewniane łyżki, łopatki, młotek, widelec do kapusty kiszonej). Tak więc zasnęłam w tej scenerii i obudziłam się w tej scenerii. Siadłam na łóżku, nogi majtały mi wysoko nad podłogą, kołdra była miękka i, jak wszystko wkoło, zdobiona wzorem nieregularnych rzędów desek.
Usłyszałam tutpot, ściana zaczęła falować, uginać się i wybrzuszać, uginać i wybrzuszać... fala dobiegła do łóżka, uniosłam się i opadłam do początkowego poziomu. Dom falował, drgał trząsł się przy każdym ruchu jak galareta, albo jak łóżko wodne. Zeskoczyłam na deski podłogowe, nie dbałam o kapcie, o "coś do narzucenia" na siebie, zrobiłam krok w nikomu niewiadomym celu i tu spotkało mnie miłe zaskoczenie - zamiast podnieść i postawić nogę poszybowałam do połowy ściany i wylądowałam trzy metry przed łóżkiem. Chodziłam jak Neil Armstrong!
Pierwszym widokiem, który rozgościł się buńczucznie w mojej świadomośći była soczyście zielona łąka równej, średniodługiej trawy, wyraźny, wcale nie odległy horyzont i rozpostarta za nim czarna otchłań. W centrum, dokładnie tam, gdzie trzecie oko, była Ziemia, jak ta ze zjęć satelitarnych - granatowo-niebieska piłka z zielonozłotym kształtem Afryk, nad którym jakieś dziecko orozrzucało rwane kawałki waty cukrowej. Dookoła chyba nawet nie był gwiazd.
Rozejrzałam się bardziej, zrobiłam kilka kroków. Byłam na Księżycu, mój mózg włączył się do akcji, popracował, poprzetwarzał dane, fakty, obrazy i wkrótce mogłam oświadczyć spotkanej przypadkiem(?) mamie, że "w wyniku zderzenia Księżyca z Ziemią dom znalazł się na Księżycu", umysł potwerdził i uzasadnił tą tezę obliczeniami, przekształceniami, dowodami matematyczno-fizycznymi I JUŻ.
Razem wybrałyśmy sie na księżycowy spacer, łąka zdawała się nie mieć końca, wszędzie ta piękna, nieziemska trawa. Za domem był płot z drucianej stalowosrebrnej siatki, z nadbudowaniem chroniąym przed intruzami, czyli płot rodem z Guantanamo, tyle że pojedynczy. Wewnątrz ogrodzenia była tylko trawa, a przy samym płocie urządzenia do komunikacji: radary na wysokich, białych słupach, nadajniki w białych, przypominających meteorologiczne, budkach, ogromne białe tależe i anteny satelitarne.
Rozumiałam się z mamą doskonale. I przez ten cudowny czas drzemki popołudniowej mieszkałam na Ksieżycu, we Wszechświecie, sama wśród nieskończonej przyrody, ale nie pozbawiona łączności. A Ziemia byłą tylko ziarnkiem maku, odległą przeszłością, zabaweczką dającą się ujażmić kilkoma wzorami i działaniami matematycznymi.